Książkę kupisz w:

 



Szczury laboratoryjne protestują przeciw Eko Ściemie

Nie daje się małpie karabinu. A Pan Marcin Rotkiewicz dostał pióro i reklamę swego artykułu o ekologii na pierwszej stronie Polityki. Trochę to niebezpieczne. (Zwłaszcza, że trafiło na drugi z najpoczytniejszych tygodników w Polsce).

 

Nie żebym uważał Pana Rotkiewicza za małpę. Zresztą nawet gdyby, co w tym złego, przecież wszyscy jesteśmy zwierzętami, prawda Panie redaktorze?

 

Odłóżmy jednak na bok średnio subtelny humor. Temat ekologicznej żywności zasługuje na wnikliwą analizę. Póki co, chciałbym dorzucić do dyskusji tylko kilka groszy. Nie jako pracownik naukowy, badacz, lecz przede wszystkim jako człowiek posługujący się zdrowym rozsądkiem, któremu liczby nie przyćmiły mózgu.

 

Przepraszam za sformułowanie, ale technika tak nam się rozwinęła, że - odnoszę wrażenie - zdolność posługiwania się zdrowym rozsądkiem zanika. Dziś homo technicus nie musi wykonywać działań matematycznych w pamięci, bo ma kalkulator pod ręką. Nie musi wielu rzeczy pamiętać, bo ma do usług wujka Google i ciocię Firefox. Jak również - jest to coraz powszechniejsze, czy tylko mi się zdaje? - nie musi myśleć samodzielnie, bo inni myślą za niego, a on reaguje jedynie na liczby podsuwane mu z zewnątrz.

 

Zaczyna się od takich prozaicznych rzeczy, jak wybór przed wyjściem na dwór odzieży w oparciu o wskazania termometru (jakby nie można było wyjść za próg i poczuć). Potem jest liczenie kalorii lub RDA (zalecannego dziennego spożycia) na etykietach produktów spożywczych (jakby odżywianie było tak skomplikowaną sprawą, że własny smak i rozsądek nie wystarczą). Na czym się skończy? Niedługo szanowni państwo (pseudo)racjonaliści całkiem stracą zdolność słuchania własnego serca. Z kim zawrzeć związek małżeński? Badanie w laboratorium prawdę ci powie.

 

Oczywiście nie mam nic przeciwko badaniom. Badajmy (chociaż podchodźmy z dystansem do wyników, pamiętając chociażby o słowach redaktor jednego z najbardziej renomowanych czasopism medycznych, która ze smutkiem stwierdziła, że nie możemy ufać wynikom większości opublikowanych badań klinicznych).

 

Nie mam nic przeciwko metodzie naukowej (ale rozumianej szeroko: oto co znaczy być empirystą). Korzystając z rozumu nie traćmy jednak korzeni, ani zdrowego rozsądku. I poddawajmy eksperymentom tylko tych, którzy wyrazili na nie zgodę, świadomi ewentualnych zagrożeń (np. “Szczepienia - dobre, czy złe - są eksperymentem naukowym”). Wreszcie pamiętajmy, że nie wszystko da się zbadać. (O czym napiszę innym razem).

 

Do rzeczy. Krótki wstęp dla tych, którzy nie znają artykułu z Polityki (dostęp do całości jest płatny). W największym skrócie: autor uważa, że ekologiczna żywność to ściema, za którą nie ma sensu przepłacać.

 

W internecie rozgorzała dyskusja, powstały polemiki, komentarze, potem polemiki do polemik i komentarze do komentarzy, np.:

 

Najlepiej przeczytać to później (jeśli jeszcze Państwo nie czytaliście), bo cała dyskusja ogranicza się w zasadzie do wymiany linków do badań. Przypomina tym samym trochę przerzucanie się Katolika ze Świadkiem Jehowy cytatami z Biblii. Niby obaj cytują tę samą księgę, ale dojść do porozumienia nie mogą. Bo każdy z nich widzi tylko to, co mu jego przekonania pozwalają zobaczyć. Wtedy dyskusja nie ma końca (chociaż czasem może być pożyteczna).

 

Większość polemizujących z artykułem Polityki daje się wciągnąć w przepychanki liczbowe i zapomina o rzeczach wydawałoby się oczywistych. A przecież aby je zauważyć wystarczy zdrowy rozsądek.

 

Nic tu nie pomoże etykieta BIO

 

Jeśli ktoś robił koszyk zakupów w hipermarkecie, po czym uznał że teraz będzie kupować ekologiczne wersje tych samych produktów w specjalnym sklepie i dzięki temu będzie zdrowszy, z pewnością jest w błędzie. I to niezależnie od tego, jaka jest różnica w jakości produktów z hipermarketu i tych ze sklepu eko. Po prostu wiele naszych zwyczajów żywieniowych jest szkodliwych i nic tu nie pomoże etykieta eko.

 

Według Światowej Organizacji Zdrowia 90 proc. osób umierających na chorobę niedokrwienną serca prowadzi niezdrowy styl życia, w tym źle się odżywia. Z kolei według Światowego Funduszu Badań nad Rakiem, poprzez zmianę diety i zwiększoną aktywność fizyczną można byłoby zapobiec od 30 do 60 proc. nowotworów. Nasze złe nawyki żywieniowe obwiniane są również za epidemię cukrzycy (liczba zachorowań w  krajach uprzemysłowionych od II wojny światowej wzrosła o prawie 700 proc.!).

Cały tekst: http://wyborcza.pl/1,75476,8993227,Jedzenie_moze_leczyc.html


Chcę powiedzieć o innych pandemiach, którymi są choroby układu krwionośnego, cukrzyca, nadciśnienie. Wszystkie one są możliwe do uniknięcia dla co najmniej 95% ludzi po prostu przez zmianę diety i stylu życia. Dr Dean Ornish, Najbardziej zabójcza dieta świata. (Co ciekwe, Dean Ornish w momencie kiedy wypowiada te słowa, zasiadał w radach nadzorczych McDonald's, PepsiCo oraz ConAgra).

 

Bo z jakiego powodu landrynka z ekologicznego cukru miałaby być zdrowsza? Jakim sposobem bułki czy pierogi z białej mąki ekologicznej miałyby być zdrowsze? Ekologiczne chipsy? Ekologiczne mleko UHT w kartonie?

 

Wolne żarty. Owszem, być może nie ma w nich polepszaczy, sztucznych dodatków, hormonów krowich i innych cudownych wynalazków (którymi obdarowali nas naukowcy troszczący się o nasze zdrowie i pragnący rozwiązać problem głodu na świecie). Ale ostatecznie jakie to ma znaczenie? Nie do takiego jedzenia nasz układ pokarmowy został “zaprojektowany”. A do jakiego? To temat na inny artykuł. Wiele artykułów, książek, prac naukowych. Dyskusja jest otwarta. Niektórzy eksperci mówią nawet:

 

“Makaron, ryż, chleb są dla nas ludzi czymś nowym. Spożywamy je tu, na Północy, najwyżej od 5 tysięcy lat. Bardzo krótko. Nasz metabolizm nie przystosował się do nich.” Staffan Lindeberg (Recepta z epoki kamienia łupanego)

 

A oto inny przykład na to, że etykieta BIO może nas wprowadzać w błąd:

 

Organiczne mięso i jaja nie zawsze zawierają odpowiednią ilość kwasów omega-3. Jeśli zwierzęta były po prostu karmione organiczną kukurydzą i soją (a nie trawą), w ich mięsie i jajkach pozostaje bardzo dużo sprzyjających stanom zapalnym kwasów omega-6. W celu zapewnienia zdrowej równowagi kwasów tłuszczowych zwierzęta powinny być karmione trawą lub ich pasza powinna być wzbogacona mączką z siemienia lnianego.  (Antyrak, dr David Servan-Schreiber)

 

Gdyby tylko redaktor Rotkiewicz o tym wiedział! Z pewnością nie wyśmiewałby eko żywności, lecz pracowałby nad tym, aby była ona bardziej eko, autentycznie organiczna. Bo prawdziwa ściema jest wtedy, gdy przemysłowy wilk przebiera się w owczą eko skórę i wykorzystuje naiwność oraz niedoinformowanie konsumentów.

 

Zresztą giganci przemysłu spożywczego wcale nie walczą z ekologią. Oni (m.in. Coca Cola, Pepsi, M&M Mars, Nestle) powoli po prostu wykupują producentów organicznej żywności. I to jest najlepszy dowód na to, że redaktora Rotkiewicza nikt nie sponsoruje: koncernom bardziej niż walka z ekologią opłaca się wykorzystanie jej do zarabiania jeszcze większej ilości pieniędzy. (Kogo więc wspiera redaktor Rotkiewicz? Moim zdaniem nikogo, on tak sobie sieje zamęt. Wznieca ferment, bo takie dziś mamy show-dziennikarstwo: ważne aby mówili o tym, co napiszemy, nie ważne, jak mówią).

 

A jednak sklepy EKO to oazy normalności

 

Na szczęście wielu klientów sklepów ekologicznych to świadomi konsumenci. Wiedzą, że nic ich nie zwalnia z konieczności myślenia i czytania etykiet. Nie dają się oślepić znaczkom BIO, EKO. Unikają białej mąki, cukru (również brązowego), syropu glukozowo-fruktozowego i tym podobnych nienaturalnych produktów.

 

Patrzą na to co i od kogo kupują. Chętnie wybierają produkty od małych dostawców. Nie daje to wprawdzie gwarancji, ale przynajmniej zwiększa prawdopodobieństwo, że kupują żywność wytworzoną z miłością, której wytwórca miał na uwadze nie tylko zysk (ale ogólnie pojęte dobro tak swoje, jak i konsumentów oraz całego ekosystemu).

 

Klienci sklepów eko często szukają możliwości wspierania lokalnych wytwórców. Tańsza ekologiczna kasza jaglana z Chin, czy trochę droższa z Polski? Wybór jest prosty. Nie dlatego, że obojętny jest nam los Chińczyków, lecz dlatego, że mamy własne państwo i jesteśmy zobowiązani w pierwszej kolejności rozwiązywać jego problemy. (Taka jest bowiem droga wprowadzania porządku i harmonii: od siebie, przez najbliższych, po dalszych i najdalszych nam ludzi. W odwrotnej kolejności po prostu się nie da).

 

Niektórzy konsumenci wolą nawet od przetworzonej żywności z certyfikatem BIO żywność naturalną, od gospodarza (choć bez certyfikatu). Można ją znaleźć częściej w sklepach eko, niż w dyskontach, hipermarketach, czy sklepikach osiedlowych.

 

Ciekawi mnie, czy mięso też Pan kupuje w hipermarkecie, redaktorze? (Dlaczego profesor nigdy nie zje kiełbasy?) Nie zapłaci Pan rolnikowi uczciwie za jego pracę i za produkt wysokiej jakości, bo “po co przepłacać”? Lepiej zaoszczędzone pieniądze przeznaczyć na co? Na nową, modniejszą koszulę made in Bangladesz, albo nowy modny gadżet elektroniczny made in Taiwan? Czy może na farmaceutyki oraz usuwanie objawów chorób powstałych w wyniku nieodpowiedniego żywienia?

 

Bo człowiek do życia potrzebuje jedzenia. Ale do życia w zdrowiu potrzebuje wysokiej jakości jedzenia. (Wprawdzie pożywienie wysokiej jakości dawniej nazwalibyśmy po prostu normalnym, ale takie dziś mamy czasy, że normalność ma swoje tańsze odpowiedniki). Dlatego ja bym na jedzeniu zdrowiu nie oszczędzał.

 

Zresztą, czy to na pewno jest dla nas, Polaków, oszczędność: kupować we francuskim lub angielskim hipermarkecie francuski lub niemiecki produkt np. śmietanopodobny?

 

Trzeba mieć smak stępiony przemysłową żywnością, aby nie dostrzec różnicy

 

Przemysł spożywczy podobny jest do pornograficznego. Tępi naturalną wrażliwość i uzależnia. Dlatego dziecku wychowanemu (wyhodowanemu?) na słodzonych napojach i batonach czekoladowych nie smakuje już marchewka. Nie jest tak słodka, jak cukierek, nie ma w sobie uzależniających substancji obecnych w żywności przetworzonej.

 

Ale ten, kto nie ma kubków smakowych zdegenerowanych nieustannym spożywaniem żywności przemysłowej z łatwością doceni smak wielu produktów dostępnych w sklepach ekologicznych. Podkreślam: to nie jest kwestia gustu, lecz odżywczości pokarmu, wyczuwalnej dla każdego zdrowego organizmu. Na takiej samej zasadzie, jak - wyobrażam sobie - każdy mężczyzna czułby doskonale różnicę między pocałunkiem z lalką z seks shopu, a całowaniem się z prawdziwą kobietą. Głupotą byłoby powiedzieć: wolę całować się z lalką. Jeśli nigdy w życiu nie byłeś blisko z kobietą, to możesz gustować w silikonowych lalkach. Tak samo jest z naturalną żywnością i tym, co żywność tylko udaje.

 

Weźmy na przykład śmietanę z gospodarstwa Maziejuk. Kiedyś mały słoiczek kosztował w Warszawie około 6 złotych, niedawno - po długiej przerwie - wypatrzyłem w innym sklepie ten sam produkt w kosmicznej cenie 12 złotych. Ale to jest śmietana! Ręcznie wyrabiana z niepasteryzowanego mleka krowiego! Śmietanopodobnego hipermarketowego pseudopokarmu nie można do niej porównać. To są zupełnie inne produkty, chociaż oba są nazywane (niestety) tak samo.

 

Tak samo nieporównywalna z niczym innym na rynku jest czekolada Surovital marki Cocoa. Oddajmy głos jej producentowi:

 

Przyjrzyjmy się tradycyjnej czekoladzie dostępnej bez problemu w każdym sklepie spożywczym. Cukier trzcinowy wykorzystywany do jej słodzenia osłabia układ odpornościowy organizmu, przyczynia się do rozwoju cukrzycy oraz przyspiesza procesy starzenia. Mleko w proszku dodawane do masy czekoladowej pełne jest szkodliwych substancji sztucznych. Tematu wszelkich konserwantów i środków barwiących nawet nie warto rozpoczynać, bo jest to temat rzeka. Już na pierwszy rzut oka widać, że każda czekolada fabryczna, czy to w formie tabliczkowej, cukierkowej czy pitnej, nie jest najzdrowszym wyborem dla organizmu.

 

Na szczęście, istnieje dla niej zdrowa alternatywa, jaką jest surowa czekolada. Została ona wymyślona na długo przed opracowaniem przemysłowych metod produkcji wykorzystujących konserwanty i inne środki chemiczne. Nam znudziło się już jedzenie niezdrowej i sztucznej czekolady, dlatego przedstawiamy Państwu surową czekoladę własnej produkcji. Jest to ręcznie formowana tabliczka wykonana z ekologicznego, nieprażonego ziarna rozcieranego i konszowanego na zimno.

 

W dodatku słodzona cukrem palmowym, który charakteryzuje się niskim indeksem glikemicznym. Eko ściema, co?

 

Większość osób potrafi odróżnić wyrób czekoladopodobny od tzw. czekolady. Proszę spróbować zatem prawdziwej, surowej czekolady - jej smak również da się odróżnić od produktów “czekoladowych”, pod którymi uginają się półki ze słodyczami w sklepach spożywczych. Ostatecznie tu nie chodzi tylko o smak, lecz o wartości odżywcze i zdrowie nasze oraz naszych dzieci.

 

Cena surowej czekolady Cocoa? Około 11 złotych za tabliczkę 50g. Kosmiczna? Podejrzewam, że realna. Kosmiczną ceną jest 3 złote za tabliczkę czegoś, co tylko udaje czekoladę. Uważam, że dwie kostki surowej czekolady są lepszym rozwiązaniem, niż tabliczka czekolady przemysłowej. Wybór należy do każdego z nas i nie jest on kwestią zarobków, ceny, lecz priorytetów oraz wartości. (Np: Chcę się nażreć słodyczy, czy odżywić ciało czymś smacznym i wartościowym?)

 

Suszone daktyle (moje ulubione to marki Bionica lub BioRaj) w sklepach eko już na pierwszy rzut oka różnią się od tych dostępnych w hipermarkecie na wagę. Kiedy kupowałem te drugie często wyglądały, jakby zostały zebrane z podłogi tureckiej lub tunezyjskiej hurtowni, niektóre nawet przydeptane przez jej pracowników. Daktyle eko wyróżniają się również smakiem.

 

Tak samo jest z ziarnem sezamu, które - jak się okazało ku mojemu zaskoczeniu - nie musi być tak obrzydliwie gorzkie, jak to oczyszczone, dostępne w tradycyjnych sklepach spożywczych.

 

Sklepy z żywnością ekologiczną mają w swojej ofercie również produkty bez certyfikatów EKO, a jednak niezwykle wartościowe. Jednym z takich produktów jest olej lniany tłoczony na zimno, np. marki LenVitol.

 

Olej lniany, aby zachował swoje zdrowotne właściwości, musi być tłoczony na zimno, przechowywany w niskiej temperaturze oraz w ciemnym szkle, które chroni go przed kontaktem ze światłem słonecznym. Ale Pan redaktor wolałby zapewne szukać oszczędności, po co przepłacać. Ciemne szkło, niska temperatura tłoczenia i przechowywania - przecież to dodatkowe koszta. A nie każdy poczuje różnicę w smaku. Zresztą i tak w toalecie będzie z tego kupa albo siuśki.

 

To tylko kilka przykładów. Moich własnych, czytelnicy zapewne mają inne (mogą dać znać w komentarzach). Niektórzy doceniają smak naturalnych jajek, ale nawet tutaj widzimy, że wyglądowi produktu nie można ufać (ach, ten postęp!). Jak czytamy na kurzym forum:

 

Kolor żółtka zależy od tego, czym żywiona jest kura. Kury, które karmi się pszenicą znoszą jajka z żółtkami o bladożółtym kolorze, żółtka jaj kur karmionych kukurydzą mają z kolei pomarańczowy odcień. Kury z hodowli ekologicznych, które żywią się ziarnem i zieleniną, a nie przemysłowa karmą, znoszą jajka z żółtkiem w kolorze mlecza – jaskrawym, żółtopomarańczowym. Wielu właścicieli hodowli klatkowych zaczęło karmić kury paszami z dodatkiem karotenu, który barwi żółtka i sprawia, że wyglądają jak żółtka jaj ekologicznych.

 

Wymienione przeze mnie produkty kosztują względnie dużo, nawet jeśli nie mają certyfikatu EKO. Dlaczego? Bo ich wytwarzanie jest pracochłonne. Bo mają krótkie terminy przydatności do spożycia. Bo mało osób je kupuje. Zwłaszcza, jak naczyta się artykułów utrzymanych w tonie Ekościemy.

 

Nie wszystko eko, co się świeci

 

Pan redaktor Rotkiewicz odpowiadając na jedną z polemik radośnie burzy idylliczny obraz rynku żywności (jaki my, klienci sklepów eko, rzekomo posiadamy). Podaje następujące fakty (wytłuszczenia zrobione przeze mnie):

 

“ok. 3 tysięcy odmian roślin, które dziś uprawia się na całym świecie, to mutanty, ale bynajmniej nie GMO. Bo są to rośliny powstałe dzięki mutagennym substancjom chemicznym i promieniowaniu jonizującemu, czyli starym, nieprecyzyjnym, ale do dziś stosowanym metodom modyfikacji genetycznych. (...) są wśród nich m.in. odmiany pszenicy, ryżu, owsa, jęczmienia, grejpfrutów, sałaty i fasoli.

 

Fani włoskiego spaghetti z dużym prawdopodobieństwem jedzą makaron przygotowany z pszenicy durum o nazwie Creso. Nawet jedna trzecia zasiewów tym typem ziarna na Półwyspie Apenińskim to odmiana powstała dzięki bombardowaniu nasion promieniami rentgenowskimi i wysokoenergetycznymi neutronami. Spośród setek odmian pszenicy wysiewanych na całym świecie, aż 200 to wynik mutagenezy radiacyjnej bądź chemicznej...“ (Odpowiedź superchwasta)

 

Świetnie, że Pan przynajmniej częściowo uświadamia ludzi, Panie redaktorze! Jeszcze kilka takich artykułów i konsumenci zaczną walczyć o oznakowanie żywności, która powstała w wyniku mutagenezy radiacyjnej bądź chemicznej.

 

I niech Pan nie zatrzymuje się w pół kroku. Proszę śmiało iść dalej. Następny do rozwiania jest mit pełnoziarnistego pieczywa. Później mit diety zbilansowanej. Potem próba wyjaśnienia dlaczego jemy, to co jemy. Aż wreszcie, niech Pan się nie krępuje i napisze o pszenicznym brzuchu:

 

“Zarówno praktyka lekarska, jak i współczesna wiedza naukowa, dostarczają niezbitych dowodów na to, że zboża, a zwłaszcza pszenica, mogą być dla wielu osób źródłem „nieuleczalnych” schorzeń przewlekłych (np. nadciśnienie, cukrzyca, choroby serca, migreny, bóle stawów, artretyzm, alergie itp.).” dr. William Davis (którego książka “Pszeniczny brzuch” ukazała się już po polsku, pod tytułem dla blondynek “Dieta bez pszenicy”).

 

Także życzę powodzenia w karmieniu ludzkości zbożem modyfikowanym taką, czy inną metodą. Ludzie nie są tak głupi, pod warunkiem, że mają dostęp do wiedzy. Jeśli trzeba, są gotowi zrezygnować z pańskiej pszenicy, redaktorze Frankenstein.

 

Chętnie podziękują również za jabłka o smaku toffi, nad którymi niektórzy cwani producenci już pracują. Cwani, ponieważ dzieci będą jeść kupować takie jabłka częściej. (Ale co też ja mówię, jakie tam cwaniactwo! Przecież eksperci tacy jak Pan wytłumaczą sprzedadzą to lepiej: cieszmy się, że wreszcie - dzięki technologii - dzieci jedzą jabłka!).

 

Zresztą niektóre odmiany owoców są dziś wielokrotnie słodsze, niż dawniej (przeczytaj dlaczego najlepiej sięgać po dawne odmiany jabłoni). Skoro jest w nich więcej cukru, to mniej czego? Bóg jeden raczy wiedzieć. A nawet jeśli nowoczesne odmiany owoców nie są uboższe w jakieś substancje odżywcze, to przez nadmiar cukru mogą mieć zaburzone proporcje niektórych składników. (To paranoja? Ja straszę? Ależ skąd. Zadaję tylko pytania, na które mało komu chce się opłaca się odpowiadać. Zwłaszcza po tym, jak nakarmi swój umysł artykułami pisanymi przez “politycznych” ekspertów).

 

Słyszeliśmy, że o przyswajalności wapnia decyduje jego stosunek w pożywieniu do fosforu. Słyszeliśmy o wadze proporcji kwasów tłuszczowych omega-3 do omega-6. Może słyszeliśmy nawet o niezwykłej skuteczności antynowotworowej diety dr Budwig.

 

Dr Budwig zastosowała olej lniany jako jedyne źródło tłuszczu w swojej diecie, gdyż posiadał on największy spośród wszystkich stosowanych przez człowieka tłuszczów stosunek kwasów omega-3 do omega-6 (ok. 4 do 1). Był to olej wysokolinolenowy tłoczony z tradycyjnych odmian lnu oleistego.

 

Tylko (ach, ten postęp!) to już nie zawsze jest prawdą:

 

Od czasu odkryć dr Budwig w uprawie lnu zaszły znaczące zmiany. Wyhodowano nowe odmiany lnu niemal całkowicie pozbawione kwasów omega-3 (tzw. niskolinolenowe). Dotyczy to w szczególności taniego ziarna masowo importowanego do Polski najczęściej z Białorusi, Ukrainy i Słowacji (a ostatnio również kanadyjskiego, modyfikowanego genetycznie). W oleju tłoczonym z takiego ziarna (tzw. olej niskolinolenowy) stosunek omega-3/omega-6 wynosi ok. 1/20. Takie same proporcje spotykamy w tłuszczu zwierząt (świń i drobiu) tuczonych wielkofermowo na paszy przemysłowej. ("Dlaczego dieta dr Budwig nie zawsze skutkuje?")

 

Skoro jesteśmy przy postępowych metodach wytwarzania żywności... W latach 50-tych XX wieku popyt na produkty mleczne i wołowinę wzrósł tak bardzo, że farmerzy zrezygnowali z pastwisk i zastąpili je hodowlą masową. Głównymi składnikami diety bydła stały się kukurydza, soja i pszenica, które nie zawierają tłuszczów omega-3, obfitują natomiast w kwasy omega-6. A dlaczego dieta spożywanych przez nas krów i kurczaków jest dla nas ważna?

 

Jeśli żywią się trawą, wówczas w mięsie, mleku i jajkach od nich istnieje idealna równowaga kwasów omega-3 i omega-6 (ich stosunek jest zbliżony do 1:1). Jeśli żywią się kukurydzą i soją, wynika z tego nierównowaga w naszych organizmach wynosząca 1:15, a nawet 1:4043. (Antyrak, dr David Servan-Schreiber)

 

Postęp nie ominął również jaj. (Tych nowoczesnych, przemysłowych, bo luddyści - ach, ta zacofana wieś! - nadal mają staroświeckie).

 

Jaja od kur hodowanych na kukurydzy (co jest obecnie niemal powszechną praktyką) zawierają dwadzieścia razy więcej kwasów omega-6 niż kwasów omega-3. Jaja pobrane z greckiego gospodarstwa wciąż zachowują stosunek tłuszczów 1:146. (Badanie opublikowane w „New England Journal of Medicine" przez dr Artemis Simopoulos, która stała na czele departamentu żywienia Narodowego Instytutu Zdrowia. Szczegóły w książce Antyrak).

 

Co się dzieje, Panie redaktorze? Jak Pan wyjaśni obniżenie jakości naszego pożywienia w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat? Jestem pewien, że Pan dokładnie wie, jak to nazwać: to postęp cywilizacyjny. Kto miałby w nim widzieć coś złego? Chyba tylko wyznawcy teorii spiskowych. Altmedowcy, luddyści. Wrogowie rozumu.

 

Skąd więc bierze się zapamiętanie, z jakim degradujemy środowisko i degenerujemy własny gatunek? Prawda, że nie z Pana działalności (może Pan odetchnąć). Przede wszystkim z wygodnictwa i chciwości, zarówno producentów, jak i konsumentów. Obie strony są wspólnikami w tym procederze. Ale - proszę uważać - Pańskie lekkomyślne artykuły, niezgodne z etyką dziennikarską

 

“pkt I.1 Kodeksu Etyki, który nakazuje wyraźnie oddzielać informacje od interpretacji i opinii oraz pkt I.2, który stanowi, że: "Informacje powinny być zrównoważone i dokładne, tak by odbiorca mógł odróżnić fakty od przypuszczeń i plotek, oraz powinny być przedstawiane we właściwym kontekście i opierać się na wiarygodnych i możliwie wielostronnych źródłach" (Polska Ekologia odpowiada na ekościemę)

 

Pańskie artykuły niestety nie przyczyniają się do polepszenia sytuacji. Zamiast budzić ludzi, usypiają ich. Ależ do licha z budzeniem, dajmy ludziom dostęp do pełnej informacji, a sami się obudzą. Kierujmy się życzliwością, współczuciem i szacunkiem nie tylko w stosunku do siebie wzajemnie, ale również w stosunku do innych gatunków oraz wspólnego domu, jakim jest dla nas Ziemia.

 

Czy Pan jest wrogiem takich wartości? Ktoś Panu płaci za sabotaż naszego gatunku? Jestem pewien, że nie, że Pan nie jest demagogiem. Pan po prostu pisze lekkomyślnie, siejąc demagogię tylko przy okazji.



P.S.

Autor powyższego tekstu pragnie podkreślić, że nie ma nic do osoby redaktora Rotkiewicza. Wszelkie ewentualne uszczypliwości, jakie czytelnik mógłby znaleźć we wpisie należy traktować z przymrużeniem oka, jako element retoryki/poetyki tekstu, nie zaś jako przejaw osobistego stosunku do redaktora, któremu przecież życzę jak najlepiej. Niech się rozwija, mądrzeje, dorośleje, dojrzewa. Potrzeba nam bowiem odpowiedzialnych dziennikarzy.

Apetyt czy głód? Jest różnica.

Apetyt czy głód? Jest różnica.
  
 
Dodaj link do:www.del.icio.uswww.wykop.pl

Komentarze

szuwarska

2013-11-05 17:55

Mnie oszołomiły suszone morele.
Z czystej ciekawości, w przypływie szaleństwa (przecież były takie drogie!) kupiłam te eko (ciemnobrązowe, suszone na słońcu). Różnica w smaku była tak powalająca, że widząc "tradycyjne", pomimo ich cudnego bursztynowego koloru - po prostu nie mam na nie ochoty. Wolę zjeść kilka eko (2-3 zdecydowanie starczą, bo są wyjątkowo słodkie) niż paczkę siarkowanych.
Pozdrawiam serdecznie tych którzy szukają dobrego jedzenia!
Kubson

2013-09-03 16:15

Nie to nie dziwne, to normalna reakcja obronna zdrowego organizmu na próbę zatrucia go ;)
Alicja K.

2013-08-31 11:57

Mądre słowa ;) Sama prowadzę sklep ze zdrową żywnością, więc stoję po jednej stronie barykady. Lecz zawsze przestrzegam klientów, że najważniejszy jest rozsądek i zdrowe podejście do sprawy, nie wpadajmy ze skrajności w skrajność (tak też niestety bywa), to że czekolada czy baton jest eko, wcale nie znaczy, że musimy jeść je codziennie.
Troszkę rozsądku, czytajmy etykiety, nawet produktów ekologicznych. Mam nawet takie ulubione zadanie dla moich początkujących klientów, aby podeszli w dużym sklepie do półki z nabiałami i znaleźli i przynieśli mi jogurt. Prosta sprawa? Niestety nie koniecznie, kiedyś spędziłam tak pół godziny i nic, wszystko co się tam znajdowało to były tylko breje z mleka i mleka w proszku, nawet w jednym żelatyne znalazłam, a przecież do wyprodukowania jogurtu wystarczy świeże mleko i żywe kultury bakterii.
Naturalne produkty jem już od lat (często wolę kupić półprodukty i sama zrobić coś w domu), może mało kto w to uwierzy, ale smak zmienia się diametralnie, większość konwencjonalnych przetworzonych potraw jest dla mnie za słona lub za słodka i nie jestem w stanie ich zjeść bo mnie mdli. Czy to nie dziwne?